Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kolacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2018

Gdzie zjeść - Włochy północne (jezioro Garda, Werona, Wenecja)

Po pierwsze pizza! 

Szybka akcja. Bilety x 3, nocleg x 3 i po dwóch godzinach lotu ponad chmurami, jesteśmy w jedzeniowym raju. Naszą marcową podróż po północnej części Włoch rozpoczęliśmy od cyplu Sirmione wcinającego się na kilka kilometrów w południowy brzeg jeziora Garda. Główną atrakcją tego miejsca jest XIII-wieczny zamek (Scaliger Castle) oraz pozostałości rzymskich budowli z IV-V w. p.n.e. Zamek Scaligierich jest otoczony fosą, a po przekroczeniu jego bram wpada się w gąszcz uliczek, które prowadzą nad sam brzeg Gardy. Na końcu cypla znajdują się także siarkowe źródła Boiola, w których napotkaliśmy taplających się ludzi ;) Sirmione słynie z uzdrowiskowych term, gdzie woda czerpana jest z głębokości osiemdziesięciu metrów pod ziemią.

W Sirmione zjedliśmy też pierwszą pizzę podczas tej podróży. Nasze polskie żołądki nie rozumiejąc jeszcze, że znajdują się na południu Europy, domagały się jedzenia akurat w czasie, gdy większość restauracji i trattorii we Włoszech była pozamykana. Na pytanie co jemy jako pierwsze, padła odpowiedź chórem - pizzę, więc zaczęliśmy poszukiwania miejsca, w którym upieczą dla nas cienką, idealnie chrupką pizze. Nasz wybór padł na niepozornie wyglądający z zewnątrz lokal z małym ogródkiem przed wejściem. Pizze okazały się szczodrze wypełnione dodatkami (wybraliśmy dwie opcje: ze speckiem i salami), obsługa miła i pomocna, a ceny niepowalające z nóg.

Crazy Bar
Piazza Campiello 3, 
Sirmione






Po drugie pasta! i risotto.

Podobno, aby przekonać się czy w danym miejscu podają dobrą pizzę, należy zamówić wyłącznie margheritę. Dzięki tak podstawowym dodatkom, jak sos pomidorowy i ser, możemy poznać, czy mamy do czynienia z prawdziwym arcydziełem. Nie wiem po czym rozpoznać dobry makaron, ale nie oszukujmy się - jeśli chodzi o włoskie żarcie - nie mam wygórowanych wymagań ;) Makaron al dente utytłany w kremowym sosie i świeże dodatki to wszystko czego mi potrzeba do szczęścia. Podczas naszego kilkudniowego pobytu na pastę zdecydowałam się dwukrotnie; było to ravioli i spaghetti. W obu przypadkach (a szczególnie ravioli de porcini w Le Cantine de l'Arena) bardzo mi smakowały. I to na pewno nie była zasługa kolejnych kieliszków wina.

Le Cantine de l'Arena
Piazzetta Scalette Rubiani
Verona

Na zdjęciu ravioli wypełnione delikatnym nadzieniem z borowikowych, polane sosem z gorgonzoli i podane z chrupiącymi kawałkami boczku. W tle oczywiście... pizza :D

Jadąc wzdłuż wschodniego brzegu jeziora Garda koniecznie zatrzymajcie się w punkcie widokowym w mieście Malcesine. Widok na ogromną taflę jeziora, wokół którego majestatycznie wznoszą się Alpy, zapiera dech. Samo miasto jest położone na wzniesieniu, a jednym z jego ciekawszych atrakcji jest zamek, nikogo innego, jak znowu Scaligieri (powodziło się w tym XIII w... ;)). W Malcesine znajdziecie mnóstwo trattorri z ogródkami wychodzącymi na jezioro, pomocną obsługę i świeże ryby.

Ristorante Capri
Via D. Turazza 9
Malcesine

Spaghetti ragout - cienkie nitki makaronu z sosem pomidorowym i mielonym mięsem wołowym.
W tle gnocchi quattro fromaggi.

Nie jadłam w życiu często risotto, ale wiem jak dobrze może smakować. Choć nie jest to najbardziej apetycznie wyglądające danie, jakie można sobie wyobrazić, warto na chwilę (ale tylko chwilę!) porzucić dla niego pizze i pastę. Risotto, które zamówiłam na kolację w Wenecji było przyrządzone na bulionie z owoców morza, bardzo aromatyczne i delikatne w smaku.

Timon bar
Fondamenta Misericordia 2591
Wenecja 


Wielgachne krewetki z lekko gotowanymi warzywami i ryżem. Patrzcie na tą miskę z drewna!

Po trzecie lody...!
 






O włoskich lodach pisano już chyba wiersze, więc opisy wydają mi się tutaj zbędne. Pistacjowe - tych zjedliśmy najwięcej - były takie, jak powinny być, czyli w brudno, zielono-szarym kolorze, z wyraźnie wyczuwalnym orzechowym smakiem. Sorbety odświeżające i kwaśne, a czekolada naprawdę czekoladowa. Gelato italiana można jeść kilogramami!

A co jeśli macie ograniczony budżet i nie chcecie wydać fortuny na mrożoną pizzę przy placu św. Marka albo w okolicach Mostu Rialto? Wybierzcie się do jednego z supermarketów, kupcie długo dojrzewające wędliny, kilka rodzajów twardego i miękkiego sera, butelkę białego wina za 2 euro i zróbcie sobie kolację w wynajętym mieszkaniu. Fajnym rozwiązaniem są też mini kanapki z bagietek, podawane z różnymi dodatkami: pastami jajecznymi i rybnymi, prosciutto, orzechami i serami.

Osteria Monte Baldo
Via Rosa 12
Werona


"Spoko, jest już po 12:00, możemy pić" ;)

Pyszną, chrupiącą pizzę prosto z pieca dostaniecie w Wenecji praktycznie co kawałek.
Na zdjęciu wcinamy lunch za 2 euro, majtając nogami nad jednym z kanałów.



Wybierając się w rejon północnych Włoszech, jeśli macie trochę więcej czasu, zboczcie z utartego przewodnikowego szlaku. Omińcie balkon Julii w Weronie - naprawdę nie warto. Za to wstańcie wcześniej rano i popłyńcie ze starej części Wenecji na kolorową wyspę Burano. Nie stójcie w kolejce, żeby strzelić sobie selfie na najbardziej znanym moście w w Wenecji, tylko posiedźcie nad brzegiem przejrzystej i krystalicznie czystej Gardy, gapiąc się na góry. W końcu nie samym jedzeniem żyje człowiek :) 

sobota, 10 lutego 2018

Burgery wołowe z domowym sosem BBQ

Czym jest dobry burger? Świeżym i soczystym mięsem. Miękką maślaną bułką i odpowiednio skomponowanymi dodatkami. Do tego wyrazisty, gęsty sos, który dopełni smaku całości. Burgery, które widzicie poniżej robię też w wersji mini - świetnie sprawdzają się na domówkach z dziećmi. A gdy mam więcej czasu, bułki piekę sama, zazwyczaj z tego przepisuNie ma czegoś takiego jak zła pora na burgera, mogłabym je jeść zawsze. Zazwyczaj jest tak, że jak nie chce mi się gotować w niedzielę albo wracamy późno po całym weekendzie spędzonym poza domem, pada na burgery. Wielkie, ze sprawdzonymi dodatkami i w dobrze wypieczonych bułach. W Gdańsku najczęściej zamawiamy te z SurfBurgera i Original Burgera. Godne polecenia są też buły z Bobby Burger, ale już zupełnie nie te z Burgermanii... Ale wciąż, pomimo urozmaiconej miejskiej oferty, te domowe wygrywają wszystko. 

Pięknie, ręcznie wykonane deski przez Jarka Berdaka - ilovenature.pl

Składniki na 3 burgery:
300 g wołowiny
1 cebula
2 nieduże pomidory
rukola
3 plastry sera, np. cheddar
łyżka musztardy 
łyżeczka soli
łyżeczka papryki
świeżo mielony pieprz
4-5 łyżek oleju do smażenia

+ 3 duże, miękkie bułki hamburgerowe

Sos BBQ: 
8 małych pomidorków koktajlowych 
2 łyżki oliwy z oliwek
1 mała cebula 
ząbek czosnku
kieliszek whisky
kieliszek sosu Worcester
kieliszek sosu sojowego
łyżka brązowego cukru 
łyżeczka wędzonej papryki
łyżeczka słodkiej papryki
sól i pieprz




Zaczynam od sosu BBQ. Cebulę kroję w kostkę i podsmażam na oliwie z oliwek. Dodaję pokrojone drobno pomidorki i wyciśnięty przez praskę czosnek. Gdy całość się zeszkli, dodaję whisky i chwilę czekam, aż odparuje alkohol. Dodaję pozostaję składniki i przyprawy, mieszam, aż sos się zredukuje i zgęstnieje. Powinien mieć konsystencję pasty. 

Mięso na burgery siekam, dodaję do niego pokrojoną w drobną kostkę cebulę, musztardę oraz przyprawy. Wszystko mieszam rękoma i odstawiam na min. pół godziny.

Nastawiam piekarnik na 180 stopni. Opłukuję rukolę, pomidory kroję w plastry, a bułki na pół. Wsadzam je przed podaniem na 2-3 min do piekarnika, aby lekko się podpiekły i podgrzały.

Na patelni mocno rozgrzewam olej, z mięsa formuję duże kotlety, grube na ok 1,5-2 cm. Smażę je z dwóch stron przez ok. 3 min. lekko dociskając do patelni.

Bułki smaruję obficie sosem. Na jednej połówce układam gorącego burgera, przykrywam plastrem sera, rukolą i pomidorami. Składam z drugą połówką i przekłuwam patykiem do szaszłyka. Podaję z domowymi frytkami i dipem koperkowym. Smacznego :) 


"To zdjęcie nie zawiera lokowania produktu" ;)

czwartek, 19 października 2017

Zupa krem z dyni z mlekiem kokosowym

Październik jest w mojej kuchni miesiącem dyni. O jej gatunkach, walorach odżywczych i różnorodności wykorzystania, pisałam wiele razy, choćby tutaj. Z roku na rok kombinuję z niej co raz więcej przepisów, łącznie z tym na lody dyniowe, o których niebawem ;) Zupa, którą serwuje dzisiaj jest bardzo prosta w wykonaniu. Jeśli zamiast bulionu użyjecie kostki warzywnej - tym bardziej. Puree warto zrobić więcej i zamrozić na czarną godzinę. Dodatek mleka kokosowego sprawia, że jest bardzo aksamitna, a przyprawy: imbir, kurkuma, czosnek - mocno aromatyczna. Jeśli nie przepadacie za mlekiem kokosowym, zerknijcie na przepis na pikantną zupę z dyni z dodatkiem ziemniaków - rozgrzeje Was w chłodne jesienne wieczory. I patrzcie na to późnopopołudniowe światło! 😍



Składniki:
3 szklanki bulionu warzywnego (możecie też użyć takiego z kostki)
3 szklanki puree z dyni*
szklanka mleka kokosowego
duży kawałek świeżego imbiru
3 ząbki czosnku
łyżeczka kurkumy
sól i świeżo zmielony pieprz
 
+ feta, prażone pestki słonecznika


  
*Jak zrobić puree z dyni?
1 nieduża dynia
oliwa z oliwek
sól

Piekarnik nagrzewam do 200 stopni C. Dynię myję, obieram ze skóry i wydrążam część miąższu z pestkami i włóknami - powinna zostać tylko ta zwarta pomarańczowa część. Dynię kroję na mniejsze kawałki i układam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Solę i polewam oliwą z oliwek. 

Wkładam do piekarnika na 40-60 min. Długość pieczenia zależy od rodzaju dyni. Jeśli jest wodnista, trzeba piec ją dłużej, aby odparowało z niej jak najwięcej płynu. Dążymy do takiego efektu, aby dynia po upieczeniu, rozpadała się za dotknięciem widelca. 

Dynię przekładam do blendera i miksuję na jednolite puree. Tak przygotowaną dynię można zamrozić w pudełku próżniowym spokojnie na kilka, kilkanaście tygodni.

Do dużego garnka wlewam bulion i puree z dyni. Czosnek wyciskam przez praskę wraz z obranym ze skórki imbirem i dodaję do zupy. Następnie przyprawy: sól, pieprz i kurkumę. Na koniec dodaję mleko kokosowe i wszystko razem jeszcze chwilę blenduję. Gorący krem podaję z kawałkami pokruszonej fety i prażonymi pestkami słonecznika. Smacznego 



czwartek, 12 października 2017

Carbonara - oryginalny, włoski przepis

Cześć! Życie tego bloga jest odwrotnie proporcjonalne do mojego życia w realu.  Fotografowanie jedzenia jest chyba ostatnią rzeczą, na którą poświęcam czas, bo jest tyle innych super rzeczy do robienia!* :D Wena do pisania też mnie opuściła kilka tygodni temu i szukam jej do teraz. Staram się więc mobilizować i sięgać po proste przepisy na szybkie obiady i mało skomplikowane ciasta. W kuchni aktualnie króluje dynia, ale o niej w następnym poście.

Oryginalna włoska carbonara to jajka, parmezan, boczek i czosnek. Koniec. W niektórych źródłach można znaleźć nawet wersję bez czosnku, ale uważam, że to wielka szkoda dla carbonary. Nie dodajemy śmietany, szynki, cebuli, ani mascarpone, nic dodajemy. Jemy gorące, od razu po przygotowaniu i zapadamy się w kanapę...     

 




Składniki na dwie duże porcje: 
1 jajko
2 żółtka
15 dag wędzonego boczku
100 g sera reggiano parmigiano
świeżo zmielony pieprz
2 ząbki czosnku 
2 porządne garści makaronu spaghetti lub tagiatelle

Makaron gotuję al dente w osolonej wodzie. Odcedzam go, zostawiając ok pół chochelki wody z boku.

Boczek kroję na drobną kostkę i podsmażam na niewielkim ogniu. Gdy się zrumieni, dodaję przeciśnięty przez praskę czosnek i jeszcze chwilę smażę. Zmniejszam ogień pod patelnią do minimum i wrzucam na nią odcedzony makaron. 

Jajka bełtam w misce, dodaję starty na drobnych oczkach ser i sporą szczyptę pieprzu. Sos dodaję do makaronu, wlewam odstawioną wodę i energicznie mieszam - masa powinna pokryć dokładnie cały makaron i lekko zgęstnieć, ale trzeba uważać, aby jajka się nie ścięły. Na koniec makaron można posypać jeszcze dodatkową porcją sera, bo jak wiadomo, sera nigdy nie za dużo ;) Smacznego! 


*np. taki las w szkle :)

piątek, 25 sierpnia 2017

Krem z pieczonych pomidorów

Sierpień powinien się nazywać pomidorsień. To jest taki okres, w którym pomidory jem 3 razy dziennie, pod każdą postacią (wyłączając, o paradoksie! sok pomidorowy, którego nie znoszę od dzieciństwa), bo są takie dobre, aromatyczne i zdrowe. Na warzywnym rynku kosztują grosze, a wybór nieprawdopodobny! Słodkie malinowe, lima, wielkie bawole serca, śmieszne karakany red pear i jakie sobie tylko wymyślę. Gotuję, smażę, blenduję i miażdżę. Zastosowań co nie miara, bo ostatnio je nawet upiekłam. Powstała gęsta zupa krem, zupełnie inna w smaku, niż nasza klasyczna pomidorowa. Do tego duże ilości pieczonego czosnku i świeże zioła od Mamy. Spróbujcie ;)


Składniki:
1,5 kg dojrzałych pomidorów Lima albo malinowych
2 cebule szalotki
4 ząbki czosnku 
2 szklanki bulionu (mięsnego lub w opcji wege - warzywnego)
1 łyżka brązowego cukru 
sól, pieprz 
garść świeżego tymianku
garść świeżej bazylii 
oliwa z oliwek 
feta

Piekarnik rozgrzewam do 200 stopni C. Na blachę wylewam 3-4 łyżki oliwy z oliwek. Pomidory zalewam gorącą wodą w dużej misce na 3 minuty. Każdego z nich lekko nacinam i obieram dokładnie ze skórki. Kroję na ćwiartki i układam na blasze razem z nieobranymi ząbkami czosnku i pokrojoną na kawałki cebulą. Lekko solę i pieprzę, i piekę przez dobre pół godziny. Do garnka wlewam wcześniej przygotowany gorący bulion, dodaję do niego upieczone pomidory, cebulki, upieczony czosnek (wcześniej wyciśnij go z łupiny) i zioła. Wszystko blenduję na gładko. Doprawiam cukrem, solą i pieprzem, podaję z kawałkami fety. Smacznego

niedziela, 23 lipca 2017

Pasta bobowa

To jest pasta, która w lipcu pojawia się u mnie najczęściej. Jeśli przepadacie za bobem, będziecie po prostu w niebie. Jest kremowa, wyrazista w smaku i ultra szybka do zrobienia. Starajcie się wybierać młody, drobny bób, wtedy wystarczy go gotować dosłownie tylko 3 minuty. Nie obieram go z łupinek, bo zawierają dużo wartości odżywczych. Bób, jak większość roślin strączkowych jest bogatym źródłem białka. Do tego zawiera mnóstwo kwasu foliowego, o który powinny zadbać kobiety w ciąży, potasu i błonnika. A więc bób na zdrowie! No i miłego dnia ;)



Składniki:
2 szklanki młodego bobu
1 jajko
garść koperku
ząbek czosnku
1 łyżka masła
1 łyżka oliwy z oliwek
mała szczypta chili 
duża szczypta soli

Jajko gotuję na półmiękko. Bób gotuję max. 3 min. w wodzie z solą i koperkiem. Odcedzam i hartuje zimną wodą. Na patelni rozgrzewam oliwę z masłem, wyciskam do nich czosnek i dodaję chili. Gdy czosnek lekko się podsmaży, dorzucam na patelnię bób i szybkim ruchem ręki, przerzucam go kilkakrotnie, tak, aby wszystkie składniki dobrze się ze sobą wymieszały. Bób i jajko przekładam do garnka i blenduję ok 1 minuty, aż stanie się gładki i kremowy. Możecie go też odrobinę dosolić. Pastą smaruję kanapki i wcinam z jajkiem lub solo. Smacznego



piątek, 19 maja 2017

Quiche z cukinią, szpinakiem i ricottą

Nareszcie ciepło! I słońce, i bzy kwitną, i zielono wokoło. Wracają siły i energia. Z lubością sięgam po warzywa, zioła, nową formę do tarty i próbuję nowe przepisy. Dzisiaj quiche. Francuska odmiana klasycznej tarty, ale z dodatkiem masy śmietanowo-jajecznej i ubitych białek. Dzięki nim, farsz staje się lekki i puszysty. Najpopularniejsza znana mi wersja to quiche lorraine, czyli przepis na tartę ze śmietanką i boczkiem pochodzący z regionu Lotaryngii, którym też zamierzam się niebawem podzielić. Delikatny quiche z cukinią i szpinakiem warto podkręcić jednak czymś wyrazistym, stąd też papryczka chili i cheddar. Do tego sałatka, różowe delikatne wino i przepis na udaną kolację gotowy :)


Składniki na kruchy spód:
1,5 szklanki mąki
pół kostki zimnego masła lub margaryny
1 jajko
pół szklanki zimnej wody
po pół łyżeczki soli, suszonego tymianku i oregano

Składniki na farsz:
1 duża cukinia
3 garście świeżego szpinaku baby
250 g serka ricotta
szklanka śmietany 12% (ewentualnie jogurtu)
4 jajka
2 garście startego cheddara
3 ząbki czosnku
1 mała cebula
pół papryczki chili
sól, pieprz, tymianek, oregano
szczypiorek
oliwa z oliwek


Ciasto przygotowuję według tego przepisu. Schładzam je w lodówce przez pół godziny, a następnie nakłuwam widelcem i wykładam nim formę do tarty. Spód podpiekam przez 15 min. w 180 stopniach, aż się lekko zezłoci.
Cukinię ścieram na tarce na grubych oczkach, lekko solę, aby puściła wodę. Po kilku minutach odcedzam ją, wyciskając w rękach cukinię. Na oliwie z oliwek podsmażam drobno posiekaną cebulę, czosnek i papryczkę chili bez pestek. Dorzucam szpinak, cukinię i przyprawy. Smażę wszystko ok. 5 minut. 
W misce miksuję chwilę ricottę, śmietanę i żółtka. Białka ubijam osobno na sztywno. Gdy warzywa przestygną, mieszam je z masą serowo-żółtkową i cheddarem, a na koniec, dodaję pianę z białek. Użyjcie do tego drewnianej łyżki, aby piana nie opadła, tylko "napompowała" pęcherzykami powietrza całą masę. Cały farsz przekładam na podpieczony spód i piekę jeszcze 50-60 min, aż masa się zetnie i lekko zbrązowieje. Tartę podaję na ciepło lub na zimno z sałatką z pomidorami, oliwkami i fetą. Smacznego!




czwartek, 11 maja 2017

Chleb pszenny pełnoziarnisty na zakwasie

Nie mam ostatnio melodii do gotowania i pieczenia. Najwięcej na co mnie stać to chleb, którego pieczenie zawsze mnie uspokaja. Mieszam mąki, dolewam ciepłej wody i czekam z kubkiem gorącej kawy w rękach co z tego urośnie... Pomimo tego, że nigdy do końca nie jestem pewna, czy pieczywo się uda, samo jego przygotowanie i zapach roznoszący się po całym domu, gdy siedzi w piekarniku, relaksują mnie i cieszą. Dzięki temu łatwiej znoszę niepokojąco wydłużającą się w tym roku jesienną aurę i brak słońca, które wszystkim daje się we znaki. Nie pamiętam w swoim życiu maja, w którym temperatura utrzymywałby się około zera, a moje swetry i szaliki nadal święciły triumfy w szafie. Brak energii, ćmiący ból głowy, rozdrażnieni ludzie wokoło, pękające opony i najprostsze sprawy nie do załatwienia - taka oto codzienność. W tym roku wyjątkowo nie mogę doczekać się już wakacji, ciepłego wieczornego powietrza, smaku lodów i biegania na bosaka po rozgrzanym słońcem piasku na plaży... A jak na razie dzielę się przepisem na gorący jeszcze chleb pełnoziarnisty typu graham, na zakwasie z mąki pszennej. Chleb o gęstym, zwartym miąższu i chrupiącej, lekko pękającej skórce. 


Składniki:
3 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej, typ 1850
1,5 łyżeczki soli
2 szklanki przegotowanej ciepłej wody
1/3 szklanki czynnego zakwasu
tłuszcz do wysmarowania formy

Wszystkie składniki mieszam i chwilę wyrabiam ciasto. Odstawiam na kilka godzin przykryte ściereczką do wyrośnięcia. Piekarnik nagrzewam do 220 stopni i na dolnym poziomie umieszczam w nim naczynie z wodą. Formę do pieczenia smaruję tłuszczem. Ciasto jeszcze raz dokładnie mieszam ręką, składam na pół i formuję okrągły bochenek - w razie, gdyby ciasto było zbyt rzadkie, możecie dodać trochę więcej mąki. Chleb umieszczam w formie i piekę pierwsze 15 min. w temp. 220 stopni C, a następnie jeszcze przez 1,5 godziny w temp. 200 stopni C. Smacznego :)


P.S. A żeby nie było tak zupełnie jesiennie, zimno i dołująco - dziękuję pani z pruszczańskiego oddziału ZUSu za to, że pomogła mi ostatnio znowu uwierzyć w ludzką bezinteresowną uprzejmość. Dobro wraca :)

piątek, 17 marca 2017

Tarta francuska ze szpinakiem, pomidorami i fetą

Ten moment w roku, gdy po powrocie z pracy możesz ugotować obiad i zrobić mu zdjęcie zanim zajdzie słońce - bezcenny. No i jest! Wiosna za oknem, w wazonie, w donicach na parapecie i na talerzu. Chce mi się warzyw wszelakich, koktajli, ciast z owocami. Okna umyte, w szafach porządek, rower odkurzony. Zaczyna się mój ulubiony czas... i weekend! ;)


Składniki:
opakowanie ciasta francuskiego
4 garści świeżego szpinaku
2 dojrzałe pomidory
100 g fety lub serka bałkańskiego
kilka zielonych oliwek
sól, pieprz
1 duży ząbek czosnku
2 łyżki oliwy z oliwek
1 roztrzepane jajko

Piekarnik nastawiam na 200 stopni z opcją góra-dół. Na patelni rozgrzewam oliwę i podsmażam na niej przeciśnięty przez praskę czosnek. Wrzucam szpinak, lekko solę i pieprzę, krótko mieszam, aż stanie się miękki i lśniący, zdejmuje z ognia. Pomidory i oliwki kroję na plastry, fetę w drobną kostkę. Ciasto smaruję dokładnie roztrzepanym jajkiem, wykładam szpinak i pozostałe warzywa. Tartę piekę 20 min. Smakuje dobrze na ciepło i na zimno. Smacznego!


    

niedziela, 15 stycznia 2017

Szakszuka

Po 6 latach wcinania na śniadanie owsianki albo płatków jaglanych, na nowo odkrywam, jak smakują słone potrawy z rana. Tzn. nie myślcie sobie, że zupełnie porzuciłam pancakesy czy musli dla jajek i boczku i już nigdy nie zobaczycie tutaj żadnej propozycji lekkiego śniadania na słodko, aż tak to nie eksperymentuje! Po prostu perspektywa się zmienia zależnie od punktu leżenia. Dzisiaj coś dla bezglutenowców (tzn. jeśli bagietki zamienicie na łyżki :P) Szakszuka (shakshouka) to świeże spojrzenie na jajka. Potrawa, która narodziła się w północnych rejonach Czarnego Lądu jest ultra szybka, sycąca i na dodatek nie wymaga brudzenia talerzy, bo można ją wyżerać prosto z patelni. I chyba nie bez powodu oznacza  "bałagan", bo jedno na drugie wrzucamy cebulę, czosnek, pomidory i jajka - jak popadnie, gdzie bądź. No i co, żółtka się rozlewają, ser ciągnie, sos kapie, a bagietki kruszą, czyli jeden wielki burdel. Dobra, jemy! 


Składniki:
puszka krojonych pomidorów
2 ząbki czosnku
pół drobno posiekanej cebuli
3 jajka (od szczęśliwych kur ofc.)
odrobina twardego startego sera, np. grana padano
sól i pieprz
2 łyżki oliwy z oliwek
szczypiorek
bagietki

Bagietki kroję na małe kawałki i podpiekam w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni C przez 3-4 minuty. Na patelni rozgrzewam oliwę i podsmażam cebulę z wyciśniętym przez praskę czosnkiem. Dodaję pomidory, solę, pieprzę i mieszam. Czekam, aż trochę odparuje sok. Na tak zredukowane pomidory, wbijam jajka i smażę 1 minutę. Po tym czasie przykrywam patelnię pokrywką i czekam, aż białko jajek się zetnie. Idealny moment jest wtedy, gdy białko jest już białe, a żółtko pozostaje wciąż płynne :D Na koniec posypuję szakszukę serem i świeżym szczypiorkiem. Smacznego!




sobota, 7 stycznia 2017

Zupa curry z kurczakiem

Pierwszy wpis w 2017 roku. Od ostatniego minęły 2 tygodnie, a w tym czasie były święta, sylwester, mnóstwo pracy, nerwów, śmiechu i rozmów. Szczerze? Gdy podjęłam decyzję o stworzeniu letsbakethiscake.pl, nie sądziłam, że ta strona będzie żyła dłużej, niż kilka miesięcy. Nie rozpatrywałam tego w ramach długofalowego projektu, nie narzucałam sobie liczby postów, które muszą ukazać się w tygodniu, nigdy też nie zakładałam i nie dążyłam do tego, aby na nim zarabiać. Czy to błąd? Być może. Bo ktoś mógłby stwierdzić, że gdybym podeszła do tego od samego początku bardzo poważnie, narzuciła sobie dyscyplinę i wykorzystała choćby odrobinę tego, czego nauczyłam się na studiach, może byłoby z tego coś większego. Może dzisiaj zamiast 112 (dziękuję każdemu z osobna i chylę czoło, że mam aż 112 wiernych podglądaczy, którzy tu wpadają) fanów na fejsie, miałabym ich 11200, może dostawałabym paczki produktowe od kulinarnych marek i reklamowała je później na swoich zdjęciach, może nawet zostawiłabym dla bloga pracę w marketingu. Tak się jednak nie stało, bo zawsze traktowałam to miejsce jako odskocznię, formę relaksu, coś co tworzę wtedy, kiedy chcę, mam wenę i czas. Z wyboru, a nie przymusu. I chyba właśnie dlatego, że dałam sobie taką niczym nieograniczoną wolność, bazgrze tutaj już prawie 2 lata. Nawet teraz, gdy przewertowałam posty, żeby sprawdzić kiedy wrzuciłam pierwszy wpis, sama jestem zaskoczona i dziwie się, że minęło już tyle czasu. A pisałam tutaj dokładnie 100 razy. Ten jest 101 ;) Dlatego też zdarzają się dni i tygodnie, gdy nie dzieje się na tym blogu nic. Bo nie mam weny, brakuje mi dziennego światła, szczególnie o tej porze roku albo weekend decyduje się spędzać inaczej, niż przy garach. Oczywiście myślę wtedy o tym, że dobrze byłoby się odezwać i podzielić czymś dobrym, ale nie spędza mi to snu z powiek. Uda się znaleźć chęć, czas i motywację to super, nie uda to... trudno. I myślę sobie, że podobnie mogłoby być z noworocznymi postanowieniami. Nie narzucać sobie niczego, nie ograniczać, nie zastrzegać. Uda mi się zrzucić kilka kilogramów, ograniczyć fajki, nauczyć się włoskiego - super, ale jeśli coś stanie mi na przeszkodzie, czego nie będę w stanie przeskoczyć, będę żyć dalej i nic wielkiego się nie stanie. Czy z taką perspektywą człowiek nie czuje się od razu lepiej? I druga sprawa. Jak to zostało powiedziane w jednej ze starych polskich komedii "w życiu trzeba sobie odpowiedzieć na jedno bardzo ważne pytanie", czy my tak naprawdę tego chcemy? Tego szczuplejszego ciała, braku papierosa w ręku przy piwie czy niezbędny jest mi ten włoski? Dawajmy z siebie tyle, ile faktycznie jesteśmy w stanie dać. Reszta sama przyjdzie.
Ten rok zaczynam rozgrzewającą i aromatyczną zupą w stylu azjatyckim, bo nadal marzą mi się dalekie, egzotyczne podróże. Nie wiem czy uda mi się kiedyś zobaczyć Wietnam albo Tajlandię, ale taka zupa trochę jednak mnie do tego przybliża. A że przy okazji jest idealna na poimprezowe zaleganie w łóżku i karnawałową regenerację to jej dodatkowy atut ;) Nowy Rok, nowe perspektywy. Tańczcie, śmiejcie się i jedzcie. Samego dobrego!




Składniki:
2 szklanki wody
1 nieduży filet z kurczaka
3 garści warzyw mieszanki chińskiej (u mnie z lidla)
szklanka mleka kokosowego
2 cm kawałek świeżego imbiru
skórka otarta z 1 limonki i sok z połowy owocu
papryczka chilii
łyżeczka kurkumy
łyżeczka imbiru w proszku
2 łyżeczki curry
2 ząbki czosnku
sól i pieprz
olej do smażenia

Wodę zagotowuję z po pół łyżeczki kurkumy, curry i imbiru w proszku. Dodaję do niej mieszankę chińską. Mięso kroję na mniejsze kawałki, solę, pieprzę i dodaję drugie pół łyżeczki przypraw jak wyżej. Na patelni rozgrzewam olej, wyciskam na niego czosnek i dodaję drobno pokrojoną papryczkę chilii (bez pestek). Podsmażam w tym kurczaka, a następnie przerzucam go do gotujących się z przyprawami warzyw. Gotuję przez 5 min i dodaję mleko kokosowe. Całość mieszam i zdejmuję z ognia, aby nie doprowadzić już do wrzenia. Na koniec ścieram do zupy skórkę z limonki i dodaję sok. Zupę można podawać solo lub z ryżem. Smacznego!




środa, 26 października 2016

Kuskus z kurczakiem, dynią i bazylią

Dopiero co zaczynałam dyniowe wpisy, a już mamy 25 października? Czas mija tak szybko... Domyślam się, że jak tylko ze sklepowych półek znikną znicze, zaraz pojawią się bombki, światełka i czekoladowe mikołaje. I to też będzie dobry czas, czas tęsknego oczekiwania na święta. Czasami w tym pędzie zapominamy o tym, żeby się na chwilę zatrzymać, spojrzeć na człowieka, który stoi obok nas i poświęcić mu swoją uwagę. Stanąć razem w kuchni i ugotować coś prostego, a potem zjeść to danie przy stole, wspólnie, a nie w biegu pomiędzy jednym tramwajem, a drugim projektem. W takim czasie najlepiej sprawdzają się proste i nie wymagające wielu przygotowań dania, jak to poniżej. W między czasie, gdy piecze się dynia, smaży się kurczak, a kuskus pęcznieje w gorącym bulionie. Potem wystarczy wszystko ze sobą połączyć. Taki kaszo-makaron smakuje dobrze na ciepło, ale po dodaniu odrobiny majonezu może też być pyszną sałatką do pracy na drugi dzień. Pomaszerujcie więc do kuchni i podarujcie sobie trochę czasu.


Składniki:
250 g dyni (miąższ ze skórką)
1 nieduży filet z kurczaka
pół szklanki kuskusu 
3/4 szklanki bulionu (można zastąpić wodą)
łyżeczka curry
1/3 łyżeczki kurkumy
sól, pieprz
garść świeżej bazylii
olej słonecznikowy do smażenia

Piekarnik nagrzewam do 200 stopni. Dynię układam na blasze skórą do dołu i lekko skrapiam olejem. Piekę ją ok. 20-30 min, aż zmięknie. Gdy lekko przestygnie, obieram ją ze skóry i kroję w kostkę. Filet kroję na małe kawałki i dokładnie mieszam z curry, kurkumą, solą i pieprzem. Wrzucam go na rozgrzany na patelni olej i krótko podsmażam. Dodaję pokrojoną dynię i delikatnie mieszam. Kuskus zalewam gorącym bulionem i odstawiam na 5 min. pod przykryciem. Gdy wchłonie cały płyn i napęcznieje, wykładam go na talerz razem z kurczakiem i dynią, i posypuję drobno posiekaną bazylią. Smacznego