wtorek, 20 czerwca 2017

Pasta jajeczna z awokado

Pasty na chleb to super sprawa, bo nie potrzebują nie wiadomo jak wymyślnych składników i są szybkie do przygotowania. Rano, w tygodniu, gdy jak najdłużej chcemy przeciągnąć moment wyjścia z pod kołdry i nie mamy dużo czasu na wymyślne pancakes czy omlety, warto zagłębić się w czeluście lodówki i wygrzebać kilka zdrowych rzeczy, które wylądują na kanapce, zaspokoją pierwszy głód i dodadzą nam energii na resztę dnia. Dobrą bazą do wszelkiego typu past są jajka, które często łączę, m.in.: z wędzonymi rybami, warzywami czy nasionami. Dzisiaj mega zdrowa propozycja z awokado i słonecznikiem. Skumajcie ten kolor! 😋 Dzień dobry!


Składniki
2 jajka ugotowane na twardo
1 małe bardzo dojrzałe awokado
1 kopiasta łyżka majonezu
pół ząbka czosnku
szczypta soli
2 łyżki oliwy z oliwek 
garść uprażonego na patelni słoneczniku
szczypiorek

Jajka obieram ze skorupek, a awokado ze skórki. Wydrążam z niego pestkę. Wszystkie składniki umieszczam w blenderze i miksuję, aż uzyskam jedwabiście gładką pastę. Jem ją na tostach z razowca, posypaną prażonym słonecznikiem i szczypiorkiem.






sobota, 17 czerwca 2017

Portugalia cz 1. Wino i jedzenie

W tym wpisie nie znajdziecie ładnych, artystycznych zdjęć jedzenia, czystych, lnianych obrusów na stołach i przemykającego po nich, pięknego światła. Będą za to zachlapane serwetki, porozrzucane sztućce i mnóstwo kieliszków z alkoholem, więc jeśli nie macie skończonych 18 lat, przestańcie czytać w tym momencie ;) Podczas tego wyjazdu, w jedzeniu chodziło przede wszystkim o smak i zapach. Różnorodność, bogactwo i poznanie. Im bardziej świeże, lokalne, a już w ogóle najlepiej "tu i tylko tu", tym lepiej. Zbyt dużo było do zobaczenia, powąchania, przejścia i przegadania, żeby koncentrować się na kompozycji tego, co na stole i ostrości zdjęć - zazwyczaj przypominałam sobie o nich, gdy wszystko było już łapczywie napoczęte... Zapraszam na przegląd obłędnie dobrego, tradycyjnego portugalskiego jedzenia.

Przygotowując się do tego tripu, zrobiliśmy dogłębny research towarzysko-internetowy co i gdzie jeść, pić i odwiedzać. Byłam nastawiona przede wszystkim na ryby, owoce morza i oczywiście wino, dlatego też za jeden z głównych celów wycieczki postawiliśmy sobie, odwiedzenie kilku winnic. Myśląc o osławionych winnicach na południowym brzegu Douro, w swojej wyobraźni widziałam rozciągające się hektarami uprawy winorośli, wielkie, rodzinne gospodarstwa utrzymywane z jej przetwórstwa i długie szeregi beczek ustawione w ich ciemnych i wilgotnych piwnicach. No cóż, zgadzały się tylko beczki :D Winnice to pochowane w ciasnych i wąskich uliczkach wielkie pomieszczenia, połączone z prężnie działającymi degustatorniami i sklepami. I choć moje wyobrażenie nijak miało się do rzeczywistości to samo doświadczenie bycia w tych miejscach, było niezwykłe i baardzo smaczne ;)

Winnica Croft. Zwiedzanie poprzedzała lekcja historii pochodzenia porto, tajników uprawy winorośli, z których jest wytwarzane oraz procesu, jaki przechodzi, zanim znajdzie się na sklepowych półkach na całym świecie. 


Najlepsza część - degustacja. Porto swoją moc zawdzięcza dodatkowi brandy, a przechowywane jest w dębowych beczkach po whiskey, które nadają mu wyjątkowy smak i aromat.


Jadąc kilka dni później na południe kraju, jeden ze znajomych polecił nam odwiedzić winnicę w okolicach Setubalu. Jose Maria da Fonseca w Azeitao okazała się jedną z najstarszych winnic w Portugalii, którą od 1834 r. do dziś zarządza rodzina pierwszego właściciela. Miejsce to słynie z produkcji dwóch uznanych na całym świecie i nagrodzonych jeszcze w XIX w. złotymi medalami na wystawach w Paryżu, Berlinie i Barcelonie marek: słodkiego Moscatel Setubal i Periquita (w wersji czerwonej, różowej i białej). 



Prywatne zbiory rodziny da Fonseca. Co roku w tym miejscu od ponad 150 lat odkładane jest kilka butelek wina, powstałego podczas jesiennej produkcji. Do piwniczki mają wstęp tylko członkowie rodziny podczas bardzo ważnych uroczystości lub wizyt gości, np. prezydenta czy królowej. My podejrzeliśmy ją przez zakratowane drzwi ;)

Winiarnia Jose Maria da Fonseca

Moscatel Setubal i Periquita


W Portugalii alkohol towarzyszy właściwie każdemu posiłkowi oprócz śniadania. Pasuje do wołowiny i wieprzowiny, której jada się tutaj sporo, ale też ryb, owoców morza czy deserów. Czekając na zamówiony posiłek zazwyczaj na stole lądują niezamawiane przez nikogo przystawki - oliwki, pieczywo, sery. Zaspokajają pierwszy głód, cieszą oko i umilają czas. Wino zazwyczaj podawane jest w karafkach i dzbankach. Z dnia na dzień mieliśmy wrażenie, że i one, i nasze kieliszki stają się coraz większe i pojemniejsze ;)


Salada de polvo, czyli sałatka z ośmiornicą, oliwki w czosnkowej zalewie, pikantny ser i smażone chorizo z pieczarkami. Po takich przystawkach właściwie można już odejść od stołu z pełnym brzuchem ;) (Setubal)
Z racji tego, że wybieraliśmy praktycznie zawsze miejsca z kuchnią regionalną, w których było sporo lokalsów i  małe portugalskie menu, wybór dania był nie lada wyzwaniem, bo rzadko kiedy udawało nam się znaleźć jego angielskie odpowiedniki lub dogadać się z (przemiłą i zawsze pomocną!) obsługą. Za każdym razem jednak wszystko okazywało się bardzo dobre, świeże i ładnie podane.

Słynny portugalski bacalhau w oliwie z oliwe, z cebulą i czosnkiem oraz sardinhas grelhadas, czyli smażone sardynki (Aveiro)

Pieczona chanfana, czyli kozina, koniecznie w duecie ze stołowym, wytrawnym czerwonym winem (Coimbra)
Bacalhau a Braga z chipsami z ziemniaków i Arroz de pato, czyli kaczka z ryżem (Braga)

Wołowina w kremowym śmietanowym sosie z całym zielonym pieprzem i grillowany stek z jajkiem sadzonym (Lizbona)

Peixes de skate, czyli płaszczka, tzw. Skate Fish, tuńczyk w sosie i sałatka ze świeżych pomidorów, papryki i cebuli (Portimao)

 Cataplana - miedziane naczynie, w którym podaje się np. owoce morza. Nasza cataplana zawierała m.in.: kraby, małże, krewetki i kalmary w kremowym pomidorowo-śmietankowym sosie z ryżem. Zdecydowanie jedno z najpyszniejszych dań, jakie jedliśmy podczas całej wyprawy! (Setubal)

Dostać się do delikatnego mięsa kraba to nie łatwa sprawa :D (Setubal)
Owoce morza w curry jako cataplana i kalmary z warzywami (Lizbona)
Krótko podsmażane na oliwie z czosnkiem krewetki <3 (Lizbona)

Portugalia podbiła moje serce swoją różnorodnością smaków, świeżością i podejściem, z jakim podchodzi się do jedzenia, które w tamtejszych stronach stanowi nieodłączny i bardzo ważny element życia. W godzinach "szczytu", czyli między 12:00 a 15:00 lokale i należące do nich ogródki, wypełniają się po brzegi mieszkańcami i turystami. Jest gwarno, tłoczno i swojsko. Wszyscy ze sobą rozmawiają, jakby znali się od lat, czasami coś krzykną, czasami pogładzą po policzku. Posiłki trwają długo, nieodłącznym elementem jest wino, rzadziej piwo. Zawsze po, na koniec - mocny shot espresso, czasami coś słodkiego... ale o tym, w następnej części :) Até logo!


Zachód słońca nad Porto




wtorek, 30 maja 2017

Rustykalna tarta z truskawkami i ricottą

Za chwilę czerwiec i truskawki opanują mój świat zupełnie. Co prawda ze względu na mocno opóźnioną wiosnę, w tym roku chyba nie ma co liczyć na zawrotne 4 zł za kilogram czerwonych owoców, ale nie żałujcie sobie ani grama - sezon na nie trwa zdecydowanie zbyt krótko. Truskawki nie potrzebują wielu kompanów, aby zachwycać swoim smakiem i aromatem. Proste, niewyszukane składniki, totalny minimalizm i szybkość wykonania znaczą tutaj najwięcej, bo szkoda pogody na długie godziny spędzane w kuchni. Całość zamyka się w kruchej, trochę babcinej tarcie i posypuje cukrem pudrem (kiedyś na takie szybkie zagniatane ciasta mówiło się po prostu placek - rustykalne tarty to hipsterski wymysł, któremu się poddaje :P). Co by nie pisać wygląda fajnie, dobrze się trzyma w łapie i smakuje wspaniale. Dalej, pakować kosze i w drogę! Sezon piknikowy uważam za otwarty!


Składniki na kruchy spód:
2 szklanki mąki
2 jajka
3/4 kostki masła
2 łyżki cukru pudru

Nadzienie serowo-owocowe:
250 g ricotty
1 żółtko
1 łyżka ekstraktu z wanilii
2 łyżki cukru pudru/1 opakowanie cukru waniliowego
pół kilograma truskawek
2 łyżki cukru
2 łyżki mąki ziemniaczanej

Wszystkie składniki na ciasto zagniatam ze sobą, tworząc jednolitą i elastyczną  kulę. Owijam ją folią spożywczą i chowam do lodówki na min. pół godziny. Prostokątną blachę wykładam papierem pergaminowym. Schłodzone ciasto i blat podsypuję mąką, i wałkuję na grubość ok. 0,5 cm. Tak przygotowany spód przekładam do blachy, zostawiając po bokach nadmiar ciasta, które później będę zaginać (wystarczy 3-4 cm). Ciasto nakłuwam widelcem w kilkunastu miejscach i podpiekam 10 min w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni C.

Truskawki kroję na mniejsze kawałki i posypuję cukrem. Odstawiam na bok, aby puściły sok. Przed wymieszaniem truskawek z mąką ziemniaczaną, nadmiar soku odlewam.

Ricottę ucieram z żółtkiem, esencją i cukrem pudrem. Jeśli lubicie słodsze ciasta, możecie dodać więcej cukru. Na podpieczonym, lekko przestudzonym spodzie, rozsmarowuję masę serową i wykładam na wierzch truskawki wymieszane z mąką. Zostawione brzegi z nadmiarem ciasta zaginam do środka, tworząc "ramkę". Ciasto piekę w temperaturze 200 stopni C przez 10 min., a następnie 30 min. w 180 stopniach C. Przed podaniem posypuję je cukrem pudrem. Smacznego truskawkowego :)

środa, 24 maja 2017

Jogurtowe pancakes z owocami leśnymi

Poranne, miękkie światło słońca wpadające do pokoju i kuchni, leniwe, weekendowe śniadanie, świeżo sparzona, gorąca kawa i stos puchatych pancakesów z owocami lasu. Nikt się nie spieszy, niczego nie trzeba. Są za to rozmowy, podarowane uśmiechy i cieszenie się smakiem przygotowanego wspólnie jedzenia. To brzmi jak hygge, prawda? :) Tylko zamiast świeczek są kwiaty, a zamiast grubego koca, otwarte na oścież okno i ciepłe powietrze wpadające do środka. O fenomenie duńskiego podejścia do celebrowania chwil pisałam tutaj zaraz na początku roku. To naprawdę nic trudnego. W tej kwestii nic się nie zmieniło, niewiele mi potrzeba. Cieszą mnie małe rzeczy, te ładne, i te, które na długo zapadają w pamięć. Paradoksalnie, im mniej oczekuję, tym więcej dostaję. Szczęście to momenty, wdzięczność za spełnione małe i duże marzenia, chwile spędzone z bliskimi, którzy dbają o nas i o których dbamy my. Na kolejny rok życia takiego hygge życzę Wam i sobie jak najwięcej, a zamiast tortu - jogurtowe pancakes ;)


Składniki:
1 szklanka mąki pszennej
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka cukru pudru
1 opakowanie cukru waniliowego
2 jajka
1 szklanka jogurtu naturalnego
1/3 szklanki mleka
1/3 szklanki oleju roślinnego  
+ olej i masło do smażenia

Sos z owoców leśnych:
2 szklanki mieszanki jagód, żurawiny, jeżyn i malin
2 łyżki cukru

W misce mieszam mąkę z proszkiem do pieczenia i cukrem pudrem. W osobnym naczyniu chwilę miksuję na wolnych obrotach jajka z jogurtem i mlekiem. Obie masy łączę ze sobą i jeszcze chwilę miksuję. Na powierzchni masy powinny pojawić się małe pęcherzyki powietrza. Na patelni rozgrzewam odrobinę oleju i masła, musi być gorąca, ale nie na tyle, aby przypalała ciasto. Porcję ciasta wylewam na patelnię dużą łyżką, tworząc owalne kształty i zachowując odstęp pomiędzy plackami. Smażę je ok minuty z jednej i z drugiej strony na złoty kolor. Owoce zasypuję cukrem i lekko podgrzewam, aż puszczą sok i zgęstnieją. Możecie dodać też zrobić je w formie żelu, jak tutaj. Jeszcze ciepłe placki polewam gotowym sosem, można też dodać jogurt naturalny. Smacznego :)




piątek, 19 maja 2017

Quiche z cukinią, szpinakiem i ricottą

Nareszcie ciepło! I słońce, i bzy kwitną, i zielono wokoło. Wracają siły i energia. Z lubością sięgam po warzywa, zioła, nową formę do tarty i próbuję nowe przepisy. Dzisiaj quiche. Francuska odmiana klasycznej tarty, ale z dodatkiem masy śmietanowo-jajecznej i ubitych białek. Dzięki nim, farsz staje się lekki i puszysty. Najpopularniejsza znana mi wersja to quiche lorraine, czyli przepis na tartę ze śmietanką i boczkiem pochodzący z regionu Lotaryngii, którym też zamierzam się niebawem podzielić. Delikatny quiche z cukinią i szpinakiem warto podkręcić jednak czymś wyrazistym, stąd też papryczka chili i cheddar. Do tego sałatka, różowe delikatne wino i przepis na udaną kolację gotowy :)


Składniki na kruchy spód:
1,5 szklanki mąki
pół kostki zimnego masła lub margaryny
1 jajko
pół szklanki zimnej wody
po pół łyżeczki soli, suszonego tymianku i oregano

Składniki na farsz:
1 duża cukinia
3 garście świeżego szpinaku baby
250 g serka ricotta
szklanka śmietany 12% (ewentualnie jogurtu)
4 jajka
2 garście startego cheddara
3 ząbki czosnku
1 mała cebula
pół papryczki chili
sól, pieprz, tymianek, oregano
szczypiorek
oliwa z oliwek


Ciasto przygotowuję według tego przepisu. Schładzam je w lodówce przez pół godziny, a następnie nakłuwam widelcem i wykładam nim formę do tarty. Spód podpiekam przez 15 min. w 180 stopniach, aż się lekko zezłoci.
Cukinię ścieram na tarce na grubych oczkach, lekko solę, aby puściła wodę. Po kilku minutach odcedzam ją, wyciskając w rękach cukinię. Na oliwie z oliwek podsmażam drobno posiekaną cebulę, czosnek i papryczkę chili bez pestek. Dorzucam szpinak, cukinię i przyprawy. Smażę wszystko ok. 5 minut. 
W misce miksuję chwilę ricottę, śmietanę i żółtka. Białka ubijam osobno na sztywno. Gdy warzywa przestygną, mieszam je z masą serowo-żółtkową i cheddarem, a na koniec, dodaję pianę z białek. Użyjcie do tego drewnianej łyżki, aby piana nie opadła, tylko "napompowała" pęcherzykami powietrza całą masę. Cały farsz przekładam na podpieczony spód i piekę jeszcze 50-60 min, aż masa się zetnie i lekko zbrązowieje. Tartę podaję na ciepło lub na zimno z sałatką z pomidorami, oliwkami i fetą. Smacznego!




czwartek, 11 maja 2017

Chleb pszenny pełnoziarnisty na zakwasie

Nie mam ostatnio melodii do gotowania i pieczenia. Najwięcej na co mnie stać to chleb, którego pieczenie zawsze mnie uspokaja. Mieszam mąki, dolewam ciepłej wody i czekam z kubkiem gorącej kawy w rękach co z tego urośnie... Pomimo tego, że nigdy do końca nie jestem pewna, czy pieczywo się uda, samo jego przygotowanie i zapach roznoszący się po całym domu, gdy siedzi w piekarniku, relaksują mnie i cieszą. Dzięki temu łatwiej znoszę niepokojąco wydłużającą się w tym roku jesienną aurę i brak słońca, które wszystkim daje się we znaki. Nie pamiętam w swoim życiu maja, w którym temperatura utrzymywałby się około zera, a moje swetry i szaliki nadal święciły triumfy w szafie. Brak energii, ćmiący ból głowy, rozdrażnieni ludzie wokoło, pękające opony i najprostsze sprawy nie do załatwienia - taka oto codzienność. W tym roku wyjątkowo nie mogę doczekać się już wakacji, ciepłego wieczornego powietrza, smaku lodów i biegania na bosaka po rozgrzanym słońcem piasku na plaży... A jak na razie dzielę się przepisem na gorący jeszcze chleb pełnoziarnisty typu graham, na zakwasie z mąki pszennej. Chleb o gęstym, zwartym miąższu i chrupiącej, lekko pękającej skórce. 


Składniki:
3 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej, typ 1850
1,5 łyżeczki soli
2 szklanki przegotowanej ciepłej wody
1/3 szklanki czynnego zakwasu
tłuszcz do wysmarowania formy

Wszystkie składniki mieszam i chwilę wyrabiam ciasto. Odstawiam na kilka godzin przykryte ściereczką do wyrośnięcia. Piekarnik nagrzewam do 220 stopni i na dolnym poziomie umieszczam w nim naczynie z wodą. Formę do pieczenia smaruję tłuszczem. Ciasto jeszcze raz dokładnie mieszam ręką, składam na pół i formuję okrągły bochenek - w razie, gdyby ciasto było zbyt rzadkie, możecie dodać trochę więcej mąki. Chleb umieszczam w formie i piekę pierwsze 15 min. w temp. 220 stopni C, a następnie jeszcze przez 1,5 godziny w temp. 200 stopni C. Smacznego :)


P.S. A żeby nie było tak zupełnie jesiennie, zimno i dołująco - dziękuję pani z pruszczańskiego oddziału ZUSu za to, że pomogła mi ostatnio znowu uwierzyć w ludzką bezinteresowną uprzejmość. Dobro wraca :)

piątek, 5 maja 2017

Polskie Smaki: pierogi ruskie

Zanim ktoś zapyta, jakie to polskie, skoro ruskie, odgrzebmy mapy i cofnijmy się do czasów naszych pradziadków. Burzliwa historia naszego kraju, a także tradycje, obyczaje i rodzaje kuchni, które napływały w tamtym czasie na polskie ziemie sprawiły, że od dawna za "swoje" dania uznajemy barszcz ukraiński, fasolkę po bretońsku czy pierogi ruskie. Nazwa ruskie choć automatycznie kojarzy nam się z Rosją, pochodzi od Rusi Czerwonej, a Ruś to nic innego, jak kraina historyczna znana nam także pod nazwą Kresów czy Galicji Wschodniej. Ruskie to moje ulubione pierogi z dzieciństwa. Do dziś prowadzę w głowie ranking, u kogo jadłam te najlepsze i najdelikatniejsze, i w czołówce nadal niezmiennie utrzymują się Mama, Babcia oraz Ciocia Mariola. Przepis poniżej jest bardzo prosty, bez kombinowania z miętą, kminkiem czy boczkiem. Twaróg, ziemniak i cebula. Tyle. Takich pierogów jestem w stanie na raz zjeść o wiele za dużo. Pierwszego dnia, zaraz po wyjęciu z gorącej wody, z kwaśną śmietaną. Odsmażane na drugi dzień zawsze już tylko z zeszkloną cebulą. A szybki kurs lepienia zgrabnych pierogów znajdziecie tutaj. Enjoy! 


Składniki na ciasto:
2 szklanki mąki pszennej
pół szklanki gorącej wody 
5 łyżek oleju
szczypta soli

Składniki na farsz:
kostka twarogu półtłustego
4-5 ugotowanych ziemniaków (możecie spokojnie wykorzystać nawet takie 2-dniowe, jeśli zostały po obiedzie)
1 duża cebula
3 łyżki oleju słonecznikowego
sól i pieprz

+ woda, szczypta soli i łyżka oleju

Twaróg i ziemniaki ucieram na gładką masę (możecie skorzystać też z maszynki do mielenia mięsa). Cebulę siekam na drobną kostkę i podsmażam z olejem na złoty kolor. Dodaję do farszu, doprawiam solą i pieprzem. 

Mąkę mieszam z solą, dodaję olej i gorącą wodę. Szybko zagniatam ciasto (uwaga! masa będzie bardzo gorąca!). Gdy ciasto jest już jednolite i gładkie, przykrywam je lnianym ręcznikiem i daje mu "odpocząć" przez pół godziny. 

Ciasto rozwałkowuję na grubość ok 0,5 cm i wykrawam w nim szklanką kółka. Nakładam do każdego z nich po kopiastej łyżeczce farszu i dokładnie sklejam. 
Gotowe pierogi wrzucam do osolonego wrzątku z łyżką oleju i chwilę gotuję. Gdy tylko wypłyną na wierzch,odcedzam je na łyżce lub w durszlaku. Podaję z kwaśną śmietaną lub smażoną na złoto cebulką. Smacznego