poniedziałek, 26 lutego 2018

Proste ciasto jogurtowe z owocami

Jak zwykle o tej porze roku opróżniam wszystkie zimowe zapasy zamknięte w słoikach. Próbuję w ten sposób dotrwać do wiosny, która z każdym opadem śniegu w Trójmieście, wydaje się być coraz bardziej odległa. Mamy absolutny powrót białej zimy i -13 stopni na termometrach. Uważam, że Boże Narodzenie w Polsce mogłoby zostać przeniesione spokojnie na luty - aktualna aura jest idealna do dekorowania domów światełkami, siedzenia przy kominku w grubych skarpetach i wcinania pierników. A tak? To teraz chce mi się już świeżych truskawek, szparagów i dobrych pomidorów. I żeby już w trampkach można było chodzić... Zaglądam do słoików, wygrzebuje paluchem gęsty dżem z czarnej porzeczki i odcedzam na sitku maliny. Upiekę sobie chociaż namiastkę lata.


Składniki:
2 szklanki mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
3/4 szklanki cukru
opakowanie cukru wanilinowego
2 jajka
1/3 kostki roztopionego masła
250 g jogurtu naturalnego

+ duży słoik dżemu z czarnej porzeczki, słoik malin w zalewie

Kruszonka:
1/4 kostki masła
3/4 szklanki cukru
1 szklanka mąki 

Piekarnik nagrzewam do 180 stopni. Owoce odcedzam na sitku z nadmiernej ilości soku. Prostokątną blaszkę wykładam papierem do pieczenia.

W mikserze ucieram jajka z cukrem i cukrem wanilinowym przez dobre 10 min., aż masa będzie gęsta i jasna.  Dodaję do niej jogurt i masło, i jeszcze chwilę miksuję. W osobnym naczyniu mieszam mąkę z proszkiem do pieczenia i po łyżce dodaję do masy jogurtowo-jajecznej. Będzie dość gęsta.

Na kruszonkę roztapiam masło w rondelku, dodaję cukier i mieszam, aż się rozpuści. Zestawiam garnek z ognia i dodaję mąkę, ciągle energicznie mieszając. Masa powinna mieć taką konsystencję, aby w palcach dało się lepić niewielki bryłki kruszonki.

Ciasto rozsmarowuję równomiernie na blasze, wykładam owoce i posypuję kruszonką. Piekę przez 40 min, w opcji góra-dół. Na ostatnie 5 min. można przełożyć blaszkę na wyższy poziom, aby kruszonka nabrała złotego koloru.  Gdy wystygnie posypuję je cukrem pudrem. Smacznego

sobota, 10 lutego 2018

Burgery wołowe z domowym sosem BBQ

Czym jest dobry burger? Świeżym i soczystym mięsem. Miękką maślaną bułką i odpowiednio skomponowanymi dodatkami. Do tego wyrazisty, gęsty sos, który dopełni smaku całości. Burgery, które widzicie poniżej robię też w wersji mini - świetnie sprawdzają się na domówkach z dziećmi. A gdy mam więcej czasu, bułki piekę sama, zazwyczaj z tego przepisuNie ma czegoś takiego jak zła pora na burgera, mogłabym je jeść zawsze. Zazwyczaj jest tak, że jak nie chce mi się gotować w niedzielę albo wracamy późno po całym weekendzie spędzonym poza domem, pada na burgery. Wielkie, ze sprawdzonymi dodatkami i w dobrze wypieczonych bułach. W Gdańsku najczęściej zamawiamy te z SurfBurgera i Original Burgera. Godne polecenia są też buły z Bobby Burger, ale już zupełnie nie te z Burgermanii... Ale wciąż, pomimo urozmaiconej miejskiej oferty, te domowe wygrywają wszystko. 

Pięknie, ręcznie wykonane deski przez Jarka Berdaka - ilovenature.pl

Składniki na 3 burgery:
300 g wołowiny
1 cebula
2 nieduże pomidory
rukola
3 plastry sera, np. cheddar
łyżka musztardy 
łyżeczka soli
łyżeczka papryki
świeżo mielony pieprz
4-5 łyżek oleju do smażenia

+ 3 duże, miękkie bułki hamburgerowe

Sos BBQ: 
8 małych pomidorków koktajlowych 
2 łyżki oliwy z oliwek
1 mała cebula 
ząbek czosnku
kieliszek whisky
kieliszek sosu Worcester
kieliszek sosu sojowego
łyżka brązowego cukru 
łyżeczka wędzonej papryki
łyżeczka słodkiej papryki
sól i pieprz




Zaczynam od sosu BBQ. Cebulę kroję w kostkę i podsmażam na oliwie z oliwek. Dodaję pokrojone drobno pomidorki i wyciśnięty przez praskę czosnek. Gdy całość się zeszkli, dodaję whisky i chwilę czekam, aż odparuje alkohol. Dodaję pozostaję składniki i przyprawy, mieszam, aż sos się zredukuje i zgęstnieje. Powinien mieć konsystencję pasty. 

Mięso na burgery siekam, dodaję do niego pokrojoną w drobną kostkę cebulę, musztardę oraz przyprawy. Wszystko mieszam rękoma i odstawiam na min. pół godziny.

Nastawiam piekarnik na 180 stopni. Opłukuję rukolę, pomidory kroję w plastry, a bułki na pół. Wsadzam je przed podaniem na 2-3 min do piekarnika, aby lekko się podpiekły i podgrzały.

Na patelni mocno rozgrzewam olej, z mięsa formuję duże kotlety, grube na ok 1,5-2 cm. Smażę je z dwóch stron przez ok. 3 min. lekko dociskając do patelni.

Bułki smaruję obficie sosem. Na jednej połówce układam gorącego burgera, przykrywam plastrem sera, rukolą i pomidorami. Składam z drugą połówką i przekłuwam patykiem do szaszłyka. Podaję z domowymi frytkami i dipem koperkowym. Smacznego :) 


"To zdjęcie nie zawiera lokowania produktu" ;)

wtorek, 6 lutego 2018

Churros con chocolate

Karnawał trwa w najlepsze, a jeśli jest karnawał to musi być pączek. Albo chrust, oponka, cokolwiek co jest słodkie, smażone i tłuste :D Churros con chocolate spełniają wszystkie te warunki. Są chrupiące na zewnątrz i miękkie w środku, najlepiej smakują ledwo co wyjęte na talerz, jeszcze ciepłe. Churrosy to tradycyjny hiszpański przysmak, podawany najczęściej na śniadanie w towarzystwie sosu czekoladowego, drobnego cukru lub cynamonu. W Hiszpanii można je kupić praktycznie wszędzie, w domu zrobicie je w max. 25 min. Nie ma szans, że zjecie jednego czy dwa - wciągają szalenie. Instrukcja wygląda mniej więcej tak: łapiemy churrosa, maczamy go w gęstym sosie czekoladowym i zjadamy. Popijamy łykiem mocnej, gorzkiej kawy i sięgamy po kolejne churro... Milionów kalorii nie liczymy, po co psuć zabawę. Cały proces powtarzamy, aż talerz będzie pusty. Dacie radę!

 
Składniki na dwa duże talerze:
2 szklanki mąki pszennej
1 szklanka mleka
1/4 kostki masła
2 łyżki cukru
szczypta soli
łyżka esencji waniliowej/1 opakowanie cukru waniliowego
3 jajka 

+ 1 litr oleju słonecznikowego do smażenia

Sos czekoladowy:
tabliczka gorzkiej czekolady
3/4 szklanki śmietanki 30%
szczypta cynamonu
szczypta pieprzu cayenne
opcjonalnie 2 łyżki brandy lub rumu



W garnku podgrzewam mleko z masłem i cukrem, mieszam. Gdy zaczyna się gotować, zmniejszam ogień do minimum, dodaję sól i dosypuję powoli mąkę. Energicznie mieszam ciasto, które jest bardzo gęste, staram się zlikwidować wszystkie możliwe grudki. Gdy przyjmie zwartą, jednolitą konsystencję, odstawiam je do przestudzenia. 

W garnku podgrzewam śmietankę z przyprawami i alkoholem. Gdy jest już gorąca, dodaję do niej pokruszoną na małe kawałki czekoladę. Całość mieszam, aż sos będzie gęsty i gładki. Jeszcze ciepły przelewam do miseczek.

Olej wlewam do niedużego, ale wysokiego garnka i mocno rozgrzewam.

Wracam do ciasta. Wbijam po kolei całe jajka i miksuję. Zależy mi na tym, aby miało jednolitą konsystencję dość gęstego kremu. Nakładam go do szprycy cukierniczej i wyciskam bezpośrednio na bardzo gorący olej. Gdy tłuszcz ma odpowiednią temperaturę, smażenie zajmuje zaledwie 20-30 sekund. Churrosy obracam łyżką cedzakową w garnku, aby wysmażyły się ze wszystkich stron i przekładam na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem. 

Podaję ciepłe z mocną, gorzką kawą . Można posypać je też cukrem pudrem lub cynamonem. Smacznego!





czwartek, 1 lutego 2018

Kruche ciasto nadziewane wiśniami i pierwszy post w Nowym Roku

Dacie wiarę, że od ostatniego wpisu minął rok? :P Czuję się trochę tak, jakbym na jakiś czas zapadła w zimowy sen i teraz powoli, pomału, z pewnym ociąganiem i jeszcze trochę sklejonymi oczami wracam do blogowania. Mam kryzys twórczy, to pewne. Całe szczęście odzwierciedla się on tylko tutaj, bo w kuchni ciągle coś nowego. Rozgrzewamy się gorącymi zupami, eksperymentujemy z daniami jednogarnkowymi i cieszymy wypasionymi kanapkami z szarpanym mięsem i sosem Reubena - świetna alternatywa na lunch do pracy. Prym wiodą imbir, kurkuma, własnej roboty curry i wędzona papryka. Tylko ciast trochę mniej, bo szafki są wciąż pełne poświątecznych słodyczy. Btw. ostały się komuś jeszcze jakieś pierniczki? ;)
Kruche ciasto nadziewane wiśniami powstało jeszcze w 2017 roku, ale nie straciło na swojej aktualności. Może nawet lepiej, że prezentuje się tutaj dopiero dziś, w środku jesieniozimy. Jest słodko-kwaśne, aromatyczne, przypominające o ciepłych dniach minionego lata i wprawiające w dobry nastrój. Kawałek wakacji w lutym :)

*Przepis podpowiedziała typowa K z MDCB - dzięki!


Składniki na ciasto:
2 szklanki mąki
3/4 kostki masła
3 łyżki cukru pudru
2 jajka

Składniki na nadzienie:
dwa opakowania mrożonych wiśni (łącznie ok 1 kg)
szklanka cukru
sok i skórka z połowy cytryny
aromat migdałowy
2-3 czubate łyżki skrobi ziemniaczanej

+ jedno rozbełtane jajko do posmarowania ciasta

Wszystkie składniki na ciasto zagniatam, tworząc zwartą, jednolitą kulę. Owijam ją w folię spożywczą i schładzam w lodówce przez godzinę. 

Wiśnie przekładam do szerokiego garnka, zasypuję cukrem, dodaję aromat migdałowy, skórkę i sok z cytryny. Na małym ogniu doprowadzam je do wrzenia i często mieszam, aby nie przywarły do dna. Trwa to jakieś 20-30 min. Powinny najpierw puścić sok, a później lekko zgęstnieć. Mieszam, próbuję, ewentualnie doprawiam jeszcze do smaku sokiem z cytryny lub cukrem.  

W polówce szklanki zimnej wody rozrabiam 2 łyżki mąki ziemniaczanej i dodaję do wiśni - nabiorą konsystencji dżemu. Odstawiam je do wystygnięcia. 

Ciasto dzielę w stosunku 2/3 i 1/3. Większą część rozwałkowuję i wylepiam nim spód formy do tarty i jej boki. Do środka wlewam nadzienie wiśniowe, a na wierzchu układam rozwałkowany cienki płat pozostałego ciasta. Możecie zastąpić go kratką z wąskich pasków, warkoczem czy co tam Wam przyjdzie do głowy.
Całość smaruję rozbełtanym jajkiem.

Ciasto piekę ok 30 min. w 180 stopniach. Kroję dopiero, gdy wystygnie. Smacznego!


piątek, 8 grudnia 2017

Pierniki II - najlepszy przepis

Pieczenie pierników to wielka radość i przyjemność, a pieczenie pierników w dużym gronie to absolutnie jedna z najlepszych grudniowych radości! W składzie dziewięciu dorosłych i czwórki dzieci (w sumie to szóstki, z tym, że najmniejsza dwójka kibicowała nam z pozycji brzuchów swoich Mam ;) wykroiliśmy, upiekliśmy i udekorowaliśmy blisko 150 pierników. "Jedynie" ich 1/3 część została w międzyczasie od razu zjedzona, jednak pozostałe trafiły jak co roku do blaszanych pudełek i szklanych słoików, aby zdążyły skruszeć do Bożego Narodzenia :P
Gdy decydujemy się na pieczenie z dziećmi, warto zadbać o to, aby ciasto było naprawdę gładkie i nie przywierało do blatu. Tylko wtedy wykrojone małymi łapkami pierniki, zachowają swój kształt i będą sprawiać frajdę najmłodszym. Sprawdzony przepis, którym dzielę się poniżej, dostałam do Mamy. Jego opracowanie wymagało kilku podejść - co roku coś modyfikuję, dodaję, odejmuję... Warto jednak popróbować, żeby dojść do wersji najlepszej. Potem wystarczy już zadbać tylko o lukry we wszystkich kolorach tęczy, czekoladowe polewy, 6 rodzajów posypek, bakalie i można się bawić! :D



Składniki:
z podanych ilości wychodzi ok 3 blach średniej wielkości pierników
pół kilograma mąki + ok pół szkl. na podsypywanie
szklanka miodu
pół szklanki cukru
150 g masła
1 jajko
łyżeczka sody
szczypta soli

Miód podgrzewam na małym ogniu z cukrem, przyprawami i masłem. Masę lekko mieszam i uważam, aby się nie zagotowała. Gdy składniki się połączą, zdejmuję naczynie z ognia i odstawiam do ostygnięcia. Mąkę przesiewam z solą i sodą, dodaję przyprawy. Masę miodową mieszam z roztrzepanym jajkiem i łączę z suchymi składnikami. Wyrabiam gładkie i elastyczne ciasto. Początkowo jest ono dość rzadkie dlatego warto przygotować je dzień wcześniej i zostawić na noc w lodówce by stężało. 



Blat posypuję mąką. Ciasto rozwałkowuję na grubość około 5 mm i wykrawam kształty. Pierniki układam na blasze wyłożonej pergaminem i piekę około 10 minut w temperaturze 180 stopni. Smacznego!



Wycinanie kształtów to największa zabawa. Gdybym miała wybrać swoją ulubioną foremkę to byłaby chyba gwiazdka... Chociaż jak widać wyżej, łoś też jest spoko ;) 


Aby zrobić kolorowy lukier, dodajcie do tradycyjnie przygotowanej glazury kolorowe barwniki spożywcze. My korzystaliśmy z barwników w paście, które równomiernie rozpuszczają się w lukrze i nie tworzą grudek.


A miał być prezent dla Babci...


Całe szczęście, że wyobraźnia DOROSŁYCH nie zna granic :D

piątek, 1 grudnia 2017

Domowa przyprawa do piernika

Grudzień! Od samej nazwy miesiąca robi się jakoś świątecznie i bardziej zimowo. Od kilku dni składam się też już z samych mandarynek i pomarańczy :D Do ostatecznego szczęścia brakuje jeszcze tylko białego, puchatego śniegu i rozchodzącego się po domu zapachu świeżego świerku. Wraz z paczką przyjaciół i ich dzieciaków jesteśmy też po wspólnym upieczeniu i udekorowaniu 3 blach pierników, toteż sezon ŚWIĘTA 2017 uważam oficjalnie za otwarty! W tym roku postanowiłam przygotować własnoręcznie korzenną przyprawę, więc w ruch poszły moździerz i słoiczki. Z domową przyprawą jest o tyle fajnie, niż tą gotową ze sklepowej torebki, że możecie sobie sami regulować jej pikantność, słodkość, kolor i aromat. Jak dodacie więcej pieprzu, będzie ostrzejsza, jak kory cynamonowej to bardziej brązowa. Goździki i imbir z kolei pikantnie podkręcą Wam pierniki i nadadzą im wyrazu. Przyprawa z ilości składników poniżej jest dość łagodna (ze względu na dzieci nie dodawałam dużo pieprzu i kardamonu), ale możecie pobawić się w ich indywidualny dobór - wyjdzie, jak wyjdzie, a i tak będzie najlepsza. Enjoy December ;)

Składniki na ok 30 g
5 ziaren czarnego pieprzu
3 duże laski cynamomu
6 ziaren kardamonu
10 ziaren godźików
pół orzecha gałki muszkatałowej
1,5 łyżeczki mielonego imbiru
2 gwiazdki anyżu

Wszystkie składniki umieszczam w moździerzu i ucieram do czasu, aż zrobi się z nich gładki pył. Do zmielenia pieprzu czy goździków możecie użyć też młynka, ale uważajcie, aby się nie przepalił. Gotową przyprawę przechowuję w szczelnie zamkniętym słoiku. Na kilogram mąki wystarczą Wam spokojnie 2 łyżeczki takiej przyprawy. Smacznego






sobota, 18 listopada 2017

Brownie z solonym karmelem i pistacjami

Za 5 tygodni święta! W Trójmieście już wszystkie galerie toną w światełkach, a w sklepach zaroiło się od błyszczących bombek. Udziela mi się to jak sroce i mogłabym nic innego nie robić tylko gapić się na dekoracje i cieszyć czekaniem na Boże Narodzenie. A czekanie to też uplecenie wianka z pachnącego świerku, dodanie szczypty cynamonu do porannej owsianki, zapach obieranej w listopadzie pomarańczy i palenie w domu niezliczonej liczby świeczek prawie każdego wieczoru. Też tak macie, że listy prezentów dla najbliższych i ciast, które zamierzacie upiec (albo zjeść) w święta, macie gotowe już pod koniec listopada? :D Przed nami najpiękniejszy czas w roku! 
A na jesienne długie wieczory, w oczekiwaniu na pierniki i pierogi, polecam Wam duży kawałek brownie z solonym karmelem i pistacjami. Upiekłam je już jakiś czas temu, ale czekało na swoją odpowiednią chwilę chwały. To klasyczny przepis na brownie, do którego zużywam 2 tabliczki czekolady z wysoką zawartością kakao, ale to dodatek domowego karmelu i sól sprawiają, że smakuje tak obłędnie i wyjątkowo. Musicie spróbować, koniecznie z filiżanką mocnej kawy.
P.S mówiłam Wam, że pokażę Wam przepis na lody dyniowe, nie? To nie pokażę. Nie udały się zupełnie. A jeśli macie jeszcze niedosyt dyni, wszystkie przepisy z jej przeróżnym zastosowaniem, znajdziecie tutaj.


Składniki na brownie
kostka masła
pół szklanki cukru
2 tabliczki czekolady min. 70% kakao
3 jajka
1/3 szklanki mąki
łyżka esencji waniliowej
szczypta soli

Solony karmel
pół szklanki cukru
1/4 szklanki wody
1/3 szklanki słodkiej śmietanki 30%
gruba sól morska

+ 2 garście pistacji

W garnku roztapiam masło, dodaję pokruszoną na drobne kawałki czekoladę i cukier. Mieszam, aż składniki się rozpuszczą i połączą. Ogień pod garnkiem zmniejszam do minimum, dolewam esencję waniliową. Jajka bełtam widelcem w osobnej miseczce, dodaję do czekoladowej masy i energicznie mieszam. Powoli dosypuję mąkę i sól. Nie używam miksera, nie trzeba "napuszać" ciasta. 

Niedużą blachę do pieczenia wykładam papierem pergaminowym, wylewam na nie ciasto i równomiernie rozcieram. Ciasto piekę w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni C, ok 15-20 min. Gdy zacznie pękać na powierzchni, znaczy że gotowe.

Na patelni rozpuszczam cukier razem z wodą. Nie mieszam, ewentualnie potrząsam odrobiną patelnią, aby był równomiernie rozłożony. Gdy cukier mocno się rozgrzeje, zacznie bulgotać i zmieniać swoją barwę. Trwa to od kilku do kilkunastu minut, trzeba cierpliwie poczekać. Gdy cały się rozpuści, stanie szklisty i nabierze głębokiej złotej barwy, dolewam śmietankę i szybko mieszam. Na koniec dodaję sól - ilość zależy od tego, jak bardzo chcecie, aby karmel był słony, ja lubię czuć jego wyrazisty słodko-słony smak. Czekam chwilę, aż przestygnie i zgęstnieje.

Brownie polewam karmelem i posypuję drobno pokruszonymi w moździerzu pistacjami. Smacznego!